Zanieistniałam. Złośliwy skrzat domowy ukradł mi wszystkie skarpetki, więc marzną mi stopy. W związku z tym siedzę i zastanawiam się, czy los działa na tych, którzy siedzą w domu.
Maj upływał mi na klęczeniu w trawie i zrywaniu mleczy. Nie wiedziałam, że potrafią pachnieć tak dobrze, tak wiosennie, jak sen, ten ostatni tuż przed otwarciem powiek. Mimo wielu ważnych, być może wręcz dramatycznie ważnych wydarzeń okołomajowych, mających decydować o moim dalszym losie i tak dalej, mam poczucie, że właśnie ta chwila moczenia kolan w świeżej trawie najlepiej definiuje te kilka tygodni. Nie dopuszczam do siebie (a przynajmniej bardzo się staram; oczywiście, że nie do końca mi wychodzi) przygnębiających myśli o końcu czegoś, a dźwięk pękania mniszkowch łodyżek stanowi tło dla bezmyślności. Chcę nigdy nie dorosnąć. Odkrywam nowe horyzonty. Nie zdawałam sobie sprawy, że z zaczepnie żółtych mniszkowych główek można zrobić miód, własnymi łapkami, we własnej kuchni, na czasy, kiedy bardzo będzie nam potrzebna wiosna. Teraz mam maj zawekowany w dwóch słoikach, ma lekko zielonkawy kolor i odrobinę może za rzadką konsystencję, ale poza tym jest idealny. Idąc dalej tym tropem, poszłam do lasu nazbierać młodych pędów sosny. Wyczyściłam, zasypałam cukrem i czekam, aż puszczą soki. Czekam też na słońce, żeby iść nazbierać stokrotek. Chmury sprawiają, że znów wierzę w smoki. Prawie słyszę ryk, kiedy wpatruję się w nie odpowiednio długo, a wiatr, który porywa mi kapelusz, to podmuch spod skrzydeł. Taka wiara generuje chęć do podróży. Dalekiej i długiej, pieszo, przez lasy i olbrzymie równiny, rozciągające się między jednym a drugim górskim szlakiem. To bardzo pierwotna potrzeba. Być może dlatego tak wiele dobrych książek opiera się na wyprawach, podróżowaniu, włóczeniu się, przemierzaniu kolejnych kilometrów. Pokonanie tej trasy na smoku jest teoretycznie niemożliwe, ale można sobie wyobrazić. A to prawie to samo.
Trzynaście pełnych lat bez swojego człowieka. Bez miski na własność, z małą garścią karmy dla małego pieska, którego nikt nigdy nie nazwał swoim. Bez spania pod kołderką w mroźne zimowe wieczory, kiedy jest tak okropnie, że aż strach otwierać oczy (Kundel i ja nie potrafimy sobie tego wyobrazić). Bez pocieszającego drapania pod bródką, kiedy robi się smutno zupełnie bez powodu albo bo ktoś ukradł znalezione jedzenie. I coś jeszcze gorszego - bez poczucia bycia kochanym. Pomyślcie sobie, że nagle nie macie nikogo, poza panią w sklepie, która jest, owszem, miła i porozmawia o pogodzie, ale rozmawia tak z każdym. Cindy tak ma. Kiedyś miała obok siebie mamę, jakąś namiastkę własnego stada, ale ona nie doczekała własnego kąta i umarła w schronisku, zostawiając po sobie małą sierotkę. Małą, bo podobno nie sięga do kolana. To tragiczna śmierć, dobrze o tym wiecie. Podobno Cindy ciągle wierzy w ludzi, jest łagodna i spokojna i nie zachowuje się, jakby miała trzynaście lat. Nie wykazuje agresji wobec innych psów. Podobno lubi spacery z wolontariuszami ze schroniska, i to chyba szczyt jej marzeń i najlepsze możliwe doznanie. Bo i na co więcej liczyć w schronisku? Wiem, że to trudne, zdecydować się na wzięcie starszego psa, pokochać go i wiedzieć, że za chwilę trzeba będzie się żegnać, ale wiem też, że ciepły kocyk, trochę dobrego jedzenia i miłości wystarczy, żeby wykrzesać z niego takie ilości chęci do życia, że wystarczy na wiele lat pięknej przyjaźni. Psy są przecież niezłomne.
Wierzę w Was. Popytajcie znajomych, roześlijcie informacje do psiolubnych blogerów, a może sami się skusicie na tego liska? Niech jej się w końcu uda! Niech spotka ją coś dobrego od ludzi, w ramach rekompensaty za te wszystkie lata bicia i poniewierania. Cindy znajduje się w schronisku w Orzechowcach koło Przemyśla, ale wiele osób chce dla niej dobrego domu, więc jestem pewna, że jeśli zajdzie potrzeba, to dotransportujemy ją chociażby na drugi koniec kraju.
Jej pełną historię można przeczytać na dogomanii, tam też znajduje się kontakt do wolontariuszy, gdyby ktoś był zainteresowany adopcją. Jeśli ktoś nie chce korzystać z dogomanii, to można pytać w komentarzach, a ja postaram się dowiedzieć u źródła (czyt.: u ludzi opiekujących się suńką).