Melduję, że żyję. Trochę sama w to nie wierzę, ale fakty są nieubłagane.
Wiosna jest jednak paskudnie dynamiczna. Człowiek jednego dnia siedzi sobie na ławce i plecie wianki z mleczy, a następnego schodzi rano na spacer z psem i stwierdza, że z wczorajszej zamleczonej łąki zostało pole dmuchawców. Któregoś dnia wychodzę, patrzę - o, mirabelki zakwitły, całe na biało. Parę dni później cała biel tego świata wylądowała na ziemi, a zamiast niej na drzewie zadyndały małe, kwaśne śliwkowe dzieciaki.
Siedziałam też na kwitnącym drzewie, ale tylko raz, gdyż więcej razy nie zdążyłam. Nawet moja alergia (nabyta w wieku lat piętnastu, hehe) nie zdążyła się w tym wszystkim połapać, a tu już prawie lato (pardon, właśnie zerknęłam na termometr - coś tak jakby bliżej... zimy?). Żeby pozostać w klimacie, chciałam ozdobić deskę kuchenną w bzy. Obawiam się, że zanim uda mi się ją skończyć, bzy będą od dawna nie na czasie.
No, nieważne.
Ważniejsze (trochę) jest to, że zaczęłam bawić się w modelinie. Głównie dlatego, że musiałam ulepić parę elementów do mojego Wielkiego Świątecznego Projektu (który czeka na zrealizowanie od trzech lat). I jak tak sobie te wyżej wymienione elementy lepiłam, to zerkałam też od czasu do czasu w internet w poszukiwaniu tego, co inni robią z tego magicznego tworzywa. Zastosowałam się do kilku bardzo praktycznych rad (na które sama bym w życiu nie wpadła) i okazało się, że można się na tym wyżyć twórczo i, o dziwo, mieć satysfakcję z efektu. Tak więc zainwestowałam w pierwszą kostkę FIMO, taram. Przeźroczystą, bo musiałam też ulepić szybki (nie nadaje się do lepienia szybek). Później stwierdziłam, że to, co lepię, jest tak bardzo mikro, że kupowanie całych kostek jest... jakby to ująć? Nieekonomiczne. I tak oto weszłam dzisiaj w posiadanie kilku kostek po pięć gram :). A póki w piekarniku dochodzą jeszcze pierwsze mikro-ciacha i inne rzeczy w wersji bardzo mikro, to pokażę to, co kiedyś ulepiłam, bo zauroczyły mnie paskudnie łupiny orzecha włoskiego. To by było marnotrawstwo - nie użyć ich do niczego.








Po lakierowaniu się nie do końca fajnie błyszczą (i widać dziury po moich paznokciach), a przy robieniu zdjęć prawie jednemu oderwałam głowę (no niechcący przecież!). Za jakiś czas doczekają się sznureczków i będą pełniły rolę... zawieszek? A niżej... dżem. Albo coś takiego. W każdym razie z pomarańczą.

Jeśli chodzi o inne rzeczy warte wspomnienia, to spędziłam cudowną majówkę w Bieszczadach na Bieszczadzkim Rajdzie Dogtrekkingowym. Pokonałyśmy z kundlem 25 km w siedem godzin, łaziłyśmy po śniegu w maju, poznałyśmy genialnych ludzi, kąpałyśmy się w potoczku (główna atrakcja wyprawy), widziałam wilczą kupę (same wilki, choć podobno potrafią podejść w nocy pod namioty i są bardzo bezczelne w tej kwestii, tym razem pozostały w ukryciu) i na pewno tam wrócimy. Jeśli nie w wakacje, to na kolejny rajd. Jedno niemiłe wspomnienie - na szczytach był śnieg, ale słońce też było. Dopiero po powrocie do domu zobaczyłam, jak wygląda moja skóra i uwierzcie, nie był to widok szczególnie radosny. Przez trzy następne dni kwiczałam przy każdym ruchu ręką. Nie polecam. Bierzcie kremy z filtrem, zaprawdę powiadam Wam, wszędzie.


Byłyśmy też w Rzeszowie na zawodach agility, gdzie zadebiutowałyśmy w jedyneczkach ze skutkiem różnym, ujmijmy to tak. Raz psu móżdżek przegrzało i po dość krótkim odcinku pomogłam jej rozwiązać konflikt wewnętrzny pod tytułem "zostaję i biegam - zwiewam na kocyk", odsyłając ją na kocyk :). Drugi bieg przyzwoity, poza felerną kładką i moją felerną ręką, która nie raczyła pokazać hopki. Trzeci - openowy - dobry, gdyż pogoda uległa diametralnej zmianie, zrobiło się chłodno, więc pies rozpędził dupsko z łaski swojej, aż nie wyrobił do tunelu. Nie ma zdjęć, nie ma filmów, nikogo to nie interesuje, idźmy dalej.
Dalszy punkt mówi o tym, że wczoraj wylicytowałam na bazarku charytatywnym "Równoumagicznienie" Pratchetta za siedem złotych. Czyż to nie cudowne? :)
Pozdrawiam majowo, nie przedawkujcie wiosny i słoneczka.
Tak sobie siedzę i myślę.
Całkiem intensywnie, jakby nie patrzeć.
I wymyśliłam, że nie wierzę w instynkt, który kazałby psu skoczyć z balkonu za piłką.
Choćby kochał tę piłkę całym swoim jestestwem - nie skoczy za nią z siódmego piętra.
Raz - bo instynkt służy przetrwaniu, a nie jego przeciwieństwu.
Dwa - bo pies jednak jest dość inteligentną formą życia i jest w stanie sobie wydedukować, że to mało rozsądne.
Usłyszałam, że "jeśli mój pies nie skoczyłby z balkonu za piłką, poproszony o to, to byłaby to dla mnie porażka pedagogiczna".
Aha.
Dla mnie porażką pedagogiczną byłoby, gdyby wyskoczył.
Bo oznaczałoby to, że skutecznie odmóżdżyłam swojego psa i oduczyłam go myśleć.
Tak, proszę państwa, psu zdarza się myśleć. Ma w czaszce taki kawał mięsa, szumnie zwany mózgiem, którego funkcja między innymi na tym polega, że umożliwia takiemu delikwentowi myślenie. Na swój psi sposób, ale jednak myślenie.
"Nie wymagajmy od psa myślenia" - ktoś stwierdził. Rozbawiło mnie to. Bo właściwie, to czemu nie?
Jakby nie było, pies jest w stanie korzystać z dedukcji, grać w gry komputerowe oparte na zasadach logiki, rozwiązywać łamigłówki logiczne, z którymi dwuletnie dzieci mogą mieć problem, wyciągać różne wnioski na podstawie obserwacji, a nawet myśleć w pewnym stopniu abstrakcyjnie i nie wierzę, że wyskakiwanie z balkonu to normalna, instynktowna reakcja.
Zdecydowanie normalniejszą reakcją byłoby zaprowadzenie człowieka pod drzwi i jasne zakomunikowanie mu, że natychmiast trzeba się znaleźć na dole.
Nie wiem, czy psy kierują się głównie instynktem.
To pewnie cecha w znacznej mierze osobnicza.
To instynkt sprawia, że jamnik lubi kopać, owczarek niemiecki patrolować teren, beagle tropi zawzięcie, border zagania, chart goni króliki.
Ale jak bardzo trzeba taki instynkt podkręcić, żeby pies zupełnie bezmyślnie wyleciał z balkonu za zabawką? Podczas rozmowy z pewną panią padło stwierdzenie, że to nie jest trudne - biegać z psem na haju. O wiele trudniejsze jest zmotywowanie psa do szybkiego biegu bez dzikiego nakręcenia.
Nie podoba mi się dzikie nakręcanie na cokolwiek.
Wolę, by mój pies lubił się bawić w umiarkowanym stopniu niż przeżywał frustrację w związku z tym, że nie może dostać zabawki.
Koniec wywodu. Musiałam go gdzieś zapisać, żeby za parę lat odkopać i porównać moje aktualne poglądy z tymi sprzed lat ;).
Raczej nie pojawię się już tu przed świętami.
Coś mi nie idzie regularne prowadzenie bloga...
W każdym razie chciałam złożyć życzenia.
Więc życzę Wam, żebyście nie bali się być inni, nie dali się zgnieść społeczeństwu, mieli pasję i mnóstwo frajdy z budzenia się rano :).
A, i żeby rzeżucha wyrosła jak trzeba.
Szybka relacja z zawodów w Skrzeszewie, czyli w pewnej wiosce za Warszawą. Dojechaliśmy ze znajomymi bardzo szybko, dzięki czemu mogliśmy posiedzieć w całkiem miłej, choć nieco zapyziałej knajpce/jadłodajni/pomieszczeniu między pokojami sypialnymi (?) z widokiem na końską halę, na której zawody miały się odbyć. Grunt, że było ciepło i że była herbata. Gdyby nie to, to niechybnie bym zwinęła się w kłębek i w końcu zasnęła na dobre na którejś ławce, musieliby mnie ratować kawą, dużą ilością kawy. Miałam poważne problemy z panowaniem nad głową. Jakieś dwie godzinki później zaczęli zjeżdżać się ludzie, zrobił się tłok, spotkałam kilku znajomych z obozów sprzed kilku lat, poznałam nowych ludzi, a przynajmniej miałam okazję zamienić z nimi kilka słów, były dwa koty, którym nie przeszkadzało jakoś szczególnie stado psów, no i generalnie było bardzo miło i sympatycznie. Było nawet na tyle ciepło, że biegałam po dworze obłożonym śniegiem w samej bluzie (co miało oczywiście swoje skutki). Pies mój osobisty pracował dość dobrze, nie zdisowałyśmy się na tunelach (za to pokonała nas kładka - co było dla mnie kompletnym zaskoczeniem, mimo że widziałam na którymś z treningów na placu HPAT, że coś jej w tamtejszej kładce nie podobało; jakoś nie połączyłam faktów), ja w miarę panowałam nad swoimi kończynami i w miarę czytelnie pokazywałam, co mam na myśli. Tempo oczywiście nie powalało, ale nie wymagam tego od paskudy, gdyż bo ponieważ ledwo co łapie się do mediumów i skakanie na tyczkach 40 cm połączone z przesadną szybkością nie byłoby zbyt zdrowe. No i do wniosków należy też dodać, że jak pies mnie obiega, to lepiej i płynniej wychodzi, niż jak zostawiam ją na starcie. I jeszcze, że krzyczę dziwne rzeczy na torze :).
Niestety nie doprosiłam się jeszcze wszystkich filmów, więc wrzucam tylko te dwa, nagrane przez Judytę od Nera (dzięki!).
Jumping 0 (II)
Ocena doskonała
0 pkt karnych
Miejsce 1
Agility 0
Ocena dobra
20,69 pkt karnych :)
Miejsce... 1