niedziela, 31 sierpnia 2014

Lody arbuzowe z chmurką i mnóstwo literek w dziwnym Fanbooku

Miałam mnóstwo tematów do spisania. Mogłabym napisać Wam na początek, że jeśli nie byliście na "Strażnikach Galaktyki", to ja się Wam dziwię, bo dawno żaden film mnie tak nie ucieszył jak ten (widziałam go na nocnym maratonie filmowym i najbardziej rozsądną decyzją następnego dnia po przespaniu mniej więcej trzech godzin wydało mi się pobiegnięcie do najbliższego kina na kolejny seans), ale tego nie zrobię, bo to by było złośliwe :). Obejrzałam też kilka innych filmów, o których mogłabym chcieć napisać i nawet chciałam, ale jest coś takiego, że jeśli nie spiszesz swoich myśli szybko, to po paru dniach szalejący huragan niespójnych wrażeń dochodzi do stanu takiej homeostazy, że już właściwie nie ma czym się dzielić, bo wszystko samo się poukładało, bez wymiany poglądów. 
I ej, też jesteście tak trochę przerażeni wizją ekranizacji "Wiedźmina"? 
W sierpniu udało mi się zrobić trochę różnych rzeczy - trochę pływałam, trochę chodziłam, upiekłam kilka chlebów (w tym jeden przed chwilą), ugotowałam dżem z jeżyn, spaliłam mikser - wiecie, lato jak lato. A będąc jeszcze na wakacjach, przeczytałam u Pani od Kotów o sorbecie arbuzowym i niemal od razu po powrocie pognałam kupić foremki do lodów na patyku, bo poczułam, że potrzebuję lodów arbuzowych jak niczego innego na świecie, co jest dość zabawne, bo nigdy wcześniej ich nie jadłam. Jadąc do domu z nowym nabytkiem zastanawiałam się, czy nie dodać mięty, a może kropki z czekolady, albo warstwowe z pomarańczą, albo bananowo-kakaowe, albo kawowe, albo, wiem!, czekoladowe z miętą!, i zanim dotarłam do kuchni, miałam koncepcji więcej niż foremek. Ostatecznie skończyło się na odsączeniu arbuza z soku - to już kiedyś robiłam metodą "pokrój na małe kawałki, wybierz mechanicznie pestki i wrzuć w blender", i to była chyba lepsza metoda niż "zmiażdż widelcem", bo - jak się okazało - widelec nie jest mistrzem w miażdżeniu arbuza i szło mi dość mozolnie, a oddzielające się pestki wcale nie pomagały. Do tego trochę się bałam, że jak już teraz w połowie roboty spróbuję to potraktować blenderem, to przy okazji pestki też posiekam i będę miała problem, żeby je potem wyrzucić, ale ostatecznie po dłuższym czasie odcedziłam sok, zamroziłam i dostałam to:
Piękne, różowiutke, proste, bez udziwnień. W zamrażarce drobinki miąższu oddzieliły się od, no, od wody, jakby nie było, i potworzyły takie chmurki, plamki słodszego - wydało mi się to strasznie urokliwe i nawet jeśli lody w smaku były dość przeciętne, to nadrabiają walorami estetycznymi. 
Foremki są w użyciu, lubię je za to, że mogę wlać sok z czegokolwiek i na tym kończy się moja robota z lodami. 

Wyjeżdżając z kolei na wakacje (niespodziewana zmiana wątku), urządziłam sobie przebieżkę po stoiskach z czasopismami, gdyż jak powszechnie wiadomo - zawsze lepiej mieć więcej literek niż mniej literek (no i co z tego, że miałam już przygotowane około cztery tysiące stron tekstu; jakbyście byli ciekawi - przeczytałam jakieś czterdzieści, co jest jawnym dowodem na to, że wakacje były udane). I tak oto wpadłam na Fanbook, gazetkę, o której przez jakiś czas było głośno w okolicach blogosfery książkowej, a że wcześniej nie wpadło mi do głowy, żeby się właściwie tym zainteresować, pomyślałam - biorę. Wszak strata dwóch złotych nie boli. 
Moje nastawienie było raczej dość neutralne, nawet w kierunku optymizmu, w końcu trzymam gazetę o książkach. Po paru stronach byłam odrobinę niepewna tego, co myśleć, a na końcu... 
Ale po kolei. Numer 3, czerwiec-lipiec. Zaczęło się od działu "Nie wolno przegapić!", który pominęłam, bo zawiera telegraficzny skrót tego, co się pojawia na rynkach wydawniczych (i jak mi ktoś mówi "nie wolno przegapić", to włącza mi się tryb "a chcesz się założyć?") - gdzieś mignął mi Pratchett i jego "Para w ruch" z maja. To jeszcze o niczym nie świadczy, bardzo często pomijam początki czasopism, właśnie ze względu na nagromadzenie informacji z różnych dziedzin. Nieciekawe, idziemy dalej. Wywiady przejrzałam, dwa nawet z zainteresowaniem (z Jackiem Piekarą i Marzeną Filipczak), w tym jeden z nieznaną mi personą (ten drugi), troszkę zdurniałam, widząc hasło "Jesteśmy otwarte na miłość" jako tytuł wywiadu z Katarzyną Grocholą, bo - no wiecie, zaleciało mi pisemkami dla kobiet, zresztą cały ten wywiad wydał mi się pozbawiony sensu, ale to swoją drogą. Ale tu nadal nie ma niczego ciekawego, a ja nie czuję się uprawniona do oceniania wartości wywiadów, bo się na tym nie znam absolutnie, więc jedyne, co mogę powiedzieć, to to, że nie są szczególnie wysokich lotów, ale nikt się takich tu chyba nie spodziewa, więc... 
Tak naprawdę profil pisemka wyłonił się dopiero po "przeczytaniu" rankingu wakacyjnych lektur. 85 książek poleconych. Na podstawie czego? Ano tylko i wyłącznie daty wydania i tego, żeby się nadawała na wakacje (czy tylko mi się zawsze wydawało, że na wakacje nadaje się absolutnie każda książka, jaką ma się ochotę przeczytać?). Polecają blogerzy, konkretnie 150 blogerów. Przysyłają swoje propozycje, redakcja je publikuje. Wszystkie. Co do jednego. Serio, 60 książek otrzymało po jednym głosie i wszystkie one widnieją w gazecie. Siedem stron miniaturek okładek. Jakieś może uzasadnienie chociaż, dwa zdania o pozycji, o czym jest, dlaczego warto przeczytać? Pff, a po co to komu? To tak, jakbyście wyszli na ulicę, spytali pierwszą napotkaną osobę, czy czyta książki i jeśli czyta, to czy mogłaby polecić jakąś. Bez wnikania w gust, upodobania, przyzwyczajenia, czy co tam jeszcze. Albo weszli z zamkniętymi oczami do księgarni na dział Top 10 i wybrali na chybił trafił. Totalnie bez sensu. Ale skoro blogerzy polecają...! 
W ogóle zdaje się, że redakcja bardzo serio traktuje blogerów książkowych. 
Inną kwestią są felietony i luźne pisanie okołoksiążkowe. Mówię o "Jak nie zabierać książek na wakacje" Lubomira Bakera. Szczerze, nawet fajnie by się to czytało, gdyby skończyło się na wspominaniu spontanicznych zakupów w antykwariacie tuż przed dłuższą wycieczką. Gdy próbuje przejść płynnie w poradnik, nawet żartobliwy, robi się odrobinę żenująco. Nie wiem, czy wiedziałyście, ale jeśli jesteście dziewczętami i czytacie na plaży o Bridget Jones, to żaden pan na Was nie zwróci uwagi. W tym celu tylko Kinga albo Cooka. I nie ma, że boli. Panowie, tu z kolei nie sięgamy po harlequiny, bo za mało męskie, ale już książki o Bridget Jones jak najbardziej, a King musi poczekać na lepsze czasy, kiedy można będzie czytać to, na co się ma ochotę. Poważnie mówię. Tabelka obrazująca ilość książek, jaką należy zabrać w zależności od stanu cywilnego i planu na wakacje, niezwykle pomocna. Nie wiem, jak sobie bez niej radziłam całymi latami. (Wyczuliście sarkazm?) 
Kolejną zabawną rzeczą są takie króciutkie wymiany zdań (bo wywiad to za duże słowo) z różnymi ludźmi, cztery pytania i do domu, albo quizy, do których nawet bym nic nie miała, gdyby nie były tak brzydko zaprojektowane. 
I dziwi mnie dział "Młodzi recenzują". No bo tak, pierwsza myśl - niby fajnie poznać spojrzenie młodych na konkretne książki, jeśli się je czytało, w ogóle fajnie poznać spojrzenie innych, niezależnie od wieku. Ale z drugiej strony... Powiedzmy, że moim zdaniem nie są to najlepsze recenzje. Chyba byłoby mi przykro, gdyby ktoś mi streścił książkę, którą mogę chcieć przeczytać. Nie wiem. Jakoś nie jestem przekonana co do sensu istnienie tej rubryki. 
Żeby pozytywnie zakończyć, muszę powiedzieć, że pomysł z prezentowaniem książek o danej tematyce mi się podoba (tym razem o podróżach w przestrzeni i czasie i poradniki dotyczące pisania).
I tak sobie czytałam tę gazetkę na tych wakacjach, oglądałam sobie obrazki, przerzucałam bezmyślnie kartki i nachodzi mnie jeden wniosek, że chyba nikt nie zdecydował, jak właściwie to ma wyglądać. Spodziewałam się luźnego podejścia do tematu literatury, a dostałam... około wszystko. Od wywiadów z pisarzami i przedstawicielami wydawnictw, przez niezabawne felietony i nic nie wnoszące artykuliki próbujące brzmieć jakby poruszały ważny i kontrowersyjny temat (mam na myśli ten o "męskiej literaturze"), po okładki sześćdziesięciu przypadkowo wybranych książek. Trochę taka treść rzekoma. Niby literki, a nic z tego nie wynika. 
I czasem odczuwałam dyskomfort związany z poczuciem, że autorzy tekstów mają mnie za osobę o szczątkowej inteligencji, a na dodatek robią wszystko, żeby podkreślić podział na tych fajnych-czytających i tych gupich, niedokształconych nieczytających.
W efekcie wyszła dziwaczna przemielona papka, której na razie nikt nie wykorzystuje. 
A szkoda. 





  PS.: Nie wiem, jak Wy, ale ja uważam, że TVP powinno się uczyć od Pulsu, jak się robi szum wokół serialu, do którego się właśnie kupiło prawa. To tak apropo "Hannibala" dzisiaj.

sobota, 19 lipca 2014

Nie chcę dziś słońca

Gorąco. 
Jedzenie psuje się, zanim zdążę się okręcić wokół siebie, wodę na herbatę przygotowuję, wystawiając po prostu garnek na dwór, buty wtapiają mi się w asfalt. 
Duszno.
Wczoraj spadł deszcz. Piękny, cudowny, krople w porcjach wielkości łyżek przy akompaniamencie huków i grzmotów przeprowadzają inwazję, zmasowany atak, ściana wody. Całość trwa niepełne pół godziny. 
I znowu słońce. 
Przestawiamy się z kundlem na system poranno-wieczorny, z naciskiem na to drugie. Idziemy po ciemku przez park, słychać żaby, biegniemy kawałek, tylko teraz trawa jest wilgotna. 
Nie mogę dziś iść na plażę. Zamiast tego zasuwam zasłony, wsadzam stopy do zimnej wody z miętą (po chwili już nie jest zimna), puszczam film, ale nie oglądam zbyt uważnie - moje myśli krążą wokół ciasta z jagodami, które decyduję się upiec wieczorem. 

Nie wiem, co robicie, kiedy jest gorąco - może dla Was to optymalna temperatura do codziennej aktywności? Ja pływam, i to tak często, jak to możliwe. I gdybym miała robić ranking piosenek, od których chce mi się pływać jeszcze bardziej, na jedno z pierwszych miejsc wrzuciłabym o tą:
 Inna sprawa, że nie byłby to ranking bardzo rozbudowany...

To tyle na dziś. 

piątek, 13 czerwca 2014

Spis drobnych radości w okolicach kultury

Na początek może powinniśmy ustalić, dlaczego korzystamy z dobrodziejstw kultury wszelakiej - po co kupujemy książki, oglądamy filmy i seriale, przeglądamy komiksy czy gramy w gry. Dla refleksji nad społeczeństwem? No może. Dla morałów i prawd życiowych? Pewnie czasami tak. Z głębszej potrzeby rozwijania i ćwiczenia swojego mózgu? Też się zdarza. I mogłabym ten wstęp rozciągnąć na całą notę (zresztą kto wie, może kiedyś to zrobię), ale na razie utnę go stwierdzeniem, że w moim odczuciu robimy to wszystko głównie dla zabawy i przyjemności. 
Jest coś takiego w ludzkim gatunku, że lubimy sobie snuć opowieści. Przedziwna ta potrzeba znajduje odzwierciedlenie w ilości produkowanych i sprzedawanych historii, bo niby dlaczego mieliśmy sobie tego odmawiać, skoro to fajne, ale oprócz tej oczywistej radości z przeżywania emocji na podstawie cudzego zmyślonego życiorysu istnieje cały szereg drobnych elementów, które sprawiają, że bajdurzenie jest jeszcze fajniejsze. Tych, od których uśmiechasz się do monitora, mimo że w sumie nie było żadnego żartu ani niczego takiego, albo tych, od których robi się ciepło w okolicach żołądka albo serca, a nasze własne poczucie estetyki (czy czegośtam) mruczy ukontentowane.
A oto spis tych elementów, wybranych na podstawie doświadczeń własnych i ułożonych w zgrabną ścianę literek. Bez żadnej sensownej kolejności.

Dobra książka jest jeszcze do tego ładnie wydana. Był już post o brzydkich okładkach (o tu), prawdopodobnie kiedyś będzie też taki o wybitnie ładnych okładkach. No bo niby "Diuna" jest tak samo dobrą książką niezależnie od tego, w co ją zapakujemy, a jednak miło jest móc postawić sobie na półce sporych rozmiarów tomiszcze w twardej, złotej oprawie, w środku znaleźć kremowy, lekko szorstki papier, a na nim ilustracje Siudmaka, jak ta poniżej.
Raz na jakiś czas muszę powstrzymywać się siłą woli, żeby nie kupić książki, którą już mam, tylko dlatego, że wypuścili ją w ładniejszym wydaniu. Nie wiem, czy fakt posiadania wszystkich opowiadań o Sherlocku Holmesie cieszyłby mnie równie mocno, gdyby ktoś nie postanowił ich zebrać w bardzo widowiskową Księgę Wszystkich Dokonań Sherlocka Holmesa. I czy "Pierwsze Prawo Magii" byłoby gorszą lekturą, gdyby nie było napisane ciasno zaplecionym gąszczem czarnych szlaczków. 

Twórca chce Cię zaskoczyć, i mu się udaje. Szybki i niespodziewany zwrot akcji w książce, że aż musisz krzyknąć na głos "Co?!", zasugerowanie jakiegoś rozwiązania w filmie czy serialu, a potem nagłe wycofanie się z niego z domniemanym okrzykiem "mamy was!" (słyszanym co prawda tylko we własnej wyobraźni, cóż), jak chociażby ostatnio w "Hannibalu", żeby za daleko nie szukać, czy w pierwszym odcinku trzeciego sezonu "Sherlocka". No ja uwielbiam dawać się wpuszczać w maliny i za każdym razem jestem tak samo ucieszona faktem, że komuś udało się mnie nabrać, a potem długo nie umiem przestać się śmiać (albo zamknąć ust ze zdziwienia, zależnie od sytuacji).

Zupełnym przypadkiem trafiasz na coś naprawdę dobrego. Albo coś okazuje się lepsze, niż się spodziewasz. Idziesz na film, bo ktoś Cię namówił, choć w sumie nie masz ochoty; kupujesz książkę za pięć złotych na dworcu, żeby się czymś zająć w pociągu; oglądasz jakiś wybrany na chybił-trafił serial, bo akurat zepsuła się pogoda. Po czym kończysz z poczuciem, że jesteś największym farciarzem świata i gdyby nie przypadek, Twój świat byłby uboższy o jeden świetny twór.

Wpadasz na aktora, którego znasz i lubisz z innych ról, w miejscu, w którym się go zupełnie nie spodziewasz. Oglądasz "Szklaną pułapkę", a tam profesor Snape, oglądasz po latach Harry'ego Pottera, a tam Doktor, oglądasz Doktora, a tam Jonathan Herbatka z Jęczącą Martą udają, że tacy normalni i Herbatka nawet nikogo nie zabija. O takie zaskoczenie. 

Udaje się znaleźć ciekawą opinię o filmie/książce bez streszczenia i spoilerów. Serio, chyba rzadkość. W ogóle recenzji czytam niewiele, bo w sumie nie wiem, jak mam się do nich odnieść, za to bardzo lubię sobie podyskutować o różnych ogólnych motywach. Niestety udaje się nie za często. Za to jak już się uda znaleźć pole do wymiany poglądów, radocha tym większa. 

Twórca świetnie się bawi, tworząc. Nie ma nic fajniejszego niż pisarz, który pisze, bo uwielbia opowiadać historie albo reżyser, który potrafi na chwilę zapomnieć, jak poważna jest jego robota. Nie zakładam, żeby ktoś zabierał się za pracę twórczą tylko dla zarobku, ale fakt jest taki, że dużo milej jest podziwiać efekt końcowy czegoś, co sprawiło frajdę także twórcy. 

Aktor, pisarz, reżyser (ktokolwiek), którego lubisz, okazuje się miłym człowiekiem. Nie za często czytam czy oglądy wywiady z ludźmi, o których nie wiem nic ponad to, co napisali/zagrali - zawsze boję się, że okażą się bucami i będę wewnętrznie rozdarta między "lubię efekty jego pracy" a "nie lubię go lubić, bo jest bucem". Dlatego zawsze oddycham z ulgą na wieść, że jednak mogą być przyjemnymi, prostymi, acz utalentowanymi ludźmi.  

Zauważasz w tle jakiś drobny szczegół świadczący o dokładności twórców. Obojętnie, czy film, czy serial, czy książka (choć tu najtrudniej). To zawsze jest fajne.

Prawdę mówiąc, siadając do tego postu, byłam przekonana, że mam dużo, dużo więcej przykładów, ale teraz nie umiem sobie ich jakoś przypomnieć. Zresztą nie ma to aż takiego znaczenia, w końcu jeśli najdzie mnie ochota na dzielenie się ze światem tym, co sprawia mi przyjemność, mogę napisać jeszcze jeden taki post (albo dwa, albo też i siedem). Ten dzisiejszy powstał z oczywistej chęci skonfrontowania własnych poglądów ze światem, ale też dlatego, że pewna fabuła, którą śledzę od dłuższego czasu, zbliża się do punktu kulminacyjnego i trochę się martwię, że jeśli zostanie poprowadzona tak, jak myślę, że zostanie, to w przeciągu paru dni zamienię się w kupkę smutku i nieszczęścia. W obliczu tej tragedii postanowiłam wywołać po imieniu pozytywne aspekty korzystania z dóbr kultury, żeby mieć czym ratować swą nadwątloną psychikę po traumatycznych przeżyciach.
Być może kiedyś powinnam tez napisać post o tych wielkich i podniosłych radościach. Cośtam o odczuwaniu irracjonalnej dumy z postaci, która się tak pięknie rozwinęła na naszych oczach albo o nie przesypianiu nocy tylko dlatego, że jeszcze przeżywa się to, co się przeczytało wieczorem. No, może innym razem. 
Na dzisiaj to tyle.