niedziela, 10 czerwca 2012

Truskawkowa paćka i motyw vanitas

Co mogę napisać? Że padłam ofiarą hormonów albo własnej percepcji? 
No bo trochę padłam.
Ale to miłe, nawet, w gruncie rzeczy. 
Myślę o zmianach. Nie, nie chcę nic zmieniać; mam na myśli zmiany, które już zaszły. Nie dochodzę do żadnych konkretnych wniosków, ale sam fakt przemijania mnie przeraża, tak jak wiele innych rzeczy naraz. O czymkolwiek bym ostatnio nie pomyślała, zawsze sprowadza się to do przemijania i czuję się tym mocno przytłoczona. Z drugiej znowu strony - czy zmiany nie są dobre? Myślę, że zmiany nie są ani dobre, ani złe. One po prostu SĄ.
Podobno mózg ma konsystencję budyniu.
Mamy czerwiec, więc mój ma konsystencję budyniu truskawkowego. 
I to akurat jest pozytywny akcent. 
 Pies trochę skacze (kompromitujące zdjęcie)...
 Trochę dziwi się światu...
 Trochę pływa...
 Mamy też jagody!


 Pozdrawiamy gorąco, Kundel plus jego człowiek z budyniem w czaszce.

czwartek, 17 maja 2012

FIMO - zryw pierwszy + a lot of wycieczki

Melduję, że żyję. Trochę sama w to nie wierzę, ale fakty są nieubłagane. 
Wiosna jest jednak paskudnie dynamiczna. Człowiek jednego dnia siedzi sobie na ławce i plecie wianki z mleczy, a następnego schodzi rano na spacer z psem i stwierdza, że z wczorajszej zamleczonej łąki zostało pole dmuchawców. Któregoś dnia wychodzę, patrzę - o, mirabelki zakwitły, całe na biało. Parę dni później cała biel tego świata wylądowała na ziemi, a zamiast niej na drzewie zadyndały małe, kwaśne śliwkowe dzieciaki. 
Siedziałam też na kwitnącym drzewie, ale tylko raz, gdyż więcej razy nie zdążyłam. Nawet moja alergia (nabyta w wieku lat piętnastu, hehe) nie zdążyła się w tym wszystkim połapać, a tu już prawie lato (pardon, właśnie zerknęłam na termometr - coś tak jakby bliżej... zimy?). Żeby pozostać w klimacie, chciałam ozdobić deskę kuchenną w bzy. Obawiam się, że zanim uda mi się ją skończyć, bzy będą od dawna nie na czasie. 
No, nieważne. 
Ważniejsze (trochę) jest to, że zaczęłam bawić się w modelinie. Głównie dlatego, że musiałam ulepić parę elementów do mojego Wielkiego Świątecznego Projektu (który czeka na zrealizowanie od trzech lat). I jak tak sobie te wyżej wymienione elementy lepiłam, to zerkałam też od czasu do czasu w internet w poszukiwaniu tego, co inni robią z tego magicznego tworzywa. Zastosowałam się do kilku bardzo praktycznych rad (na które sama bym w życiu nie wpadła) i okazało się, że można się na tym wyżyć twórczo i, o dziwo, mieć satysfakcję z efektu. Tak więc zainwestowałam w pierwszą kostkę FIMO, taram. Przeźroczystą, bo musiałam też ulepić szybki (nie nadaje się do lepienia szybek). Później stwierdziłam, że to, co lepię, jest tak bardzo mikro, że kupowanie całych kostek jest... jakby to ująć? Nieekonomiczne. I tak oto weszłam dzisiaj w posiadanie kilku kostek po pięć gram :). A póki w piekarniku dochodzą jeszcze pierwsze mikro-ciacha i inne rzeczy w wersji bardzo mikro, to pokażę to, co kiedyś ulepiłam, bo zauroczyły mnie paskudnie łupiny orzecha włoskiego. To by było marnotrawstwo - nie użyć ich do niczego. 







 Po lakierowaniu się nie do końca fajnie błyszczą (i widać dziury po moich paznokciach), a przy robieniu zdjęć prawie jednemu oderwałam głowę (no niechcący przecież!). Za jakiś czas doczekają się sznureczków i będą pełniły rolę... zawieszek? A niżej... dżem. Albo coś takiego. W każdym razie z pomarańczą.

Jeśli chodzi o inne rzeczy warte wspomnienia, to spędziłam cudowną majówkę w Bieszczadach na Bieszczadzkim Rajdzie Dogtrekkingowym. Pokonałyśmy z kundlem 25 km w siedem godzin, łaziłyśmy po śniegu w maju, poznałyśmy genialnych ludzi, kąpałyśmy się w potoczku (główna atrakcja wyprawy), widziałam wilczą kupę (same wilki, choć podobno potrafią podejść w nocy pod namioty i są bardzo bezczelne w tej kwestii, tym razem pozostały w ukryciu) i na pewno tam wrócimy. Jeśli nie w wakacje, to na kolejny rajd. Jedno niemiłe wspomnienie - na szczytach był śnieg, ale słońce też było. Dopiero po powrocie do domu zobaczyłam, jak wygląda moja skóra i uwierzcie, nie był to widok szczególnie radosny. Przez trzy następne dni kwiczałam przy każdym ruchu ręką. Nie polecam. Bierzcie kremy z filtrem, zaprawdę powiadam Wam, wszędzie.

Byłyśmy też w Rzeszowie na zawodach agility, gdzie zadebiutowałyśmy w jedyneczkach ze skutkiem różnym, ujmijmy to tak. Raz psu móżdżek przegrzało i po dość krótkim odcinku pomogłam jej rozwiązać konflikt wewnętrzny pod tytułem "zostaję i biegam - zwiewam na kocyk", odsyłając ją na kocyk :). Drugi bieg przyzwoity, poza felerną kładką i moją felerną ręką, która nie raczyła pokazać hopki. Trzeci - openowy - dobry, gdyż pogoda uległa diametralnej zmianie, zrobiło się chłodno, więc pies rozpędził dupsko z łaski swojej, aż nie wyrobił do tunelu. Nie ma zdjęć, nie ma filmów, nikogo to nie interesuje, idźmy dalej.


Dalszy punkt mówi o tym, że wczoraj wylicytowałam na bazarku charytatywnym "Równoumagicznienie" Pratchetta za siedem złotych. Czyż to nie cudowne? :) 





Pozdrawiam majowo, nie przedawkujcie wiosny i słoneczka.

poniedziałek, 2 kwietnia 2012

Rzecz o instynkcie i WESOŁEGO JAJCA

Tak sobie siedzę i myślę. 
Całkiem intensywnie, jakby nie patrzeć.
I wymyśliłam, że nie wierzę w instynkt, który kazałby psu skoczyć z balkonu za piłką.
Choćby kochał tę piłkę całym swoim jestestwem - nie skoczy za nią z siódmego piętra. 
Raz - bo instynkt służy przetrwaniu, a nie jego przeciwieństwu.
Dwa - bo pies jednak jest dość inteligentną formą życia i jest w stanie sobie wydedukować, że to mało rozsądne. 
Usłyszałam, że "jeśli mój pies nie skoczyłby z balkonu za piłką, poproszony o to, to byłaby to dla mnie porażka pedagogiczna". 
Aha.
Dla mnie porażką pedagogiczną byłoby, gdyby wyskoczył.
Bo oznaczałoby to, że skutecznie odmóżdżyłam swojego psa i oduczyłam go myśleć.
Tak, proszę państwa, psu zdarza się myśleć. Ma w czaszce taki kawał mięsa, szumnie zwany mózgiem, którego funkcja między innymi na tym polega, że umożliwia takiemu delikwentowi myślenie. Na swój psi sposób, ale jednak myślenie.
"Nie wymagajmy od psa myślenia" - ktoś stwierdził. Rozbawiło mnie to. Bo właściwie, to czemu nie?
Jakby nie było, pies jest w stanie korzystać z dedukcji, grać w gry komputerowe oparte na zasadach logiki, rozwiązywać łamigłówki logiczne, z którymi dwuletnie dzieci mogą mieć problem, wyciągać różne wnioski na podstawie obserwacji, a nawet myśleć w pewnym stopniu abstrakcyjnie i nie wierzę, że wyskakiwanie z balkonu to normalna, instynktowna reakcja. 
Zdecydowanie normalniejszą reakcją byłoby zaprowadzenie człowieka pod drzwi i jasne zakomunikowanie mu, że natychmiast trzeba się znaleźć na dole.
Nie wiem, czy psy kierują się głównie instynktem. 
To pewnie cecha w znacznej mierze osobnicza. 
To instynkt sprawia, że jamnik lubi kopać, owczarek niemiecki patrolować teren, beagle tropi zawzięcie, border zagania, chart goni króliki. 
Ale jak bardzo trzeba taki instynkt podkręcić, żeby pies zupełnie bezmyślnie wyleciał z balkonu za zabawką? Podczas rozmowy z pewną panią padło stwierdzenie, że to nie jest trudne - biegać z psem na haju. O wiele trudniejsze jest zmotywowanie psa do szybkiego biegu bez dzikiego nakręcenia. 
Nie podoba mi się dzikie nakręcanie na cokolwiek. 
Wolę, by mój pies lubił się bawić w umiarkowanym stopniu niż przeżywał frustrację w związku z tym, że nie może dostać zabawki. 


Koniec wywodu. Musiałam go gdzieś zapisać, żeby za parę lat odkopać i porównać moje aktualne poglądy z tymi sprzed lat ;).


Raczej nie pojawię się już tu przed świętami.
Coś mi nie idzie regularne prowadzenie bloga...
W każdym razie chciałam złożyć życzenia.
Więc życzę Wam, żebyście nie bali się być inni, nie dali się zgnieść społeczeństwu, mieli pasję i mnóstwo frajdy z budzenia się rano :). 
A, i żeby rzeżucha wyrosła jak trzeba.