Poranki są moją ulubioną porą dnia. Najlepiej, gdy uda mi się wstać przed wszystkimi, nawet przed psem. Co jest trudne, jeśli lubi się czytać książki w środku nocy, nawiasem mówiąc. A najbardziej na świecie lubię śniadania. Lubię bulgotanie mleka w garnuszku, skwierczenie tosta, dzwonienie łyżeczek. Lubię wrzucić do gorącej wody saszetkę herbaty i patrzeć, jak cienkie bordowe strużki rozprzestrzeniają się na całą szklankę. Lubię grzać dłonie o tą szklankę i oglądać świat z okna. I lubię rozespany uśmiech właśnie przebudzonego psa. Rano nikt nie powinien mi przeszkadzać. To bardzo moja chwila. Taki prezent ode mnie dla mnie. Lubię dostawać prezenty. I dawać też lubię. Bo przecież nie tylko wszystkie zachody przemijają bezpowrotnie.
Na po świętach życzę Wam mnóstwa chwil do celebrowania. W końcu, no cóż, całe życie składa się z chwil, no nie? Chyba dobrze o nich myśleć jak o czymś potężnym.
Dzisiaj siedziałam na pomoście i syczały na mnie łabędzie. Jest to jeden z powodów, dla którego nie lubię łabędzi - bo syczą. I jak tak syczą, to wszystko mi się kumuluje - to, że są białe niczym z kiczowatych obrazków z zachodem słońca w tle, że syczą i jeszcze, że do tego wszystkiego mają czelność żądać żarcia. Żądać tym syczeniem, oczywiście. Takiego wała. Choćbym miała w ręku cały czerstwy bochenek chleba, za kija bym nie oddała łabędziom. Nie, bo nie. Jak są takie cwane, to niech se same radzą. A proszę bardzo, sycz sobie, w nosie cię mam. - Nie lubię zwierząt, z którymi nie umiem nawiązać kontaktu - stwierdziłam, kontemplując wnętrze łabędziej paszczy. - A widzisz, a może powinnaś właśnie się z nimi porozumieć - odpowiedziała koleżanka, lejąc sobie herbaty do kubka. No może. W końcu łabędzie odpłynęły, zniechęcone brakiem reakcji z naszej strony (okropne, miałyśmy aż trzy rogaliki i nie dałyśmy ani kawałka!), zamiast nich pojawiły się kaczki, dużo sympatyczniejsze, z dziwnymi haczykami na ogonach. Ta porywająca historia łączy się (w tylko trochę zawiły sposób) z moim dzisiejszym snem, który obudził mnie w środku nocy i w którym na boisku mojej szkoły zaczęło się tworzyć tornado. Trafiłam do schronu (czyli jednej z sal wcale nie lepiej chronionej od innych) i obserwowałam, jak tornado porywa człowieka i rozbija go o mur. Nie wiem, która była godzina, gdy się przebudziłam, ale nawet parę godzin później byłam w stanie dokładnie nakreślić palcem trasę lotu tego człowieka. Nie wiem też, jak tornado wydostało się z boiska, nie niszcząc całego budynku. I czy w ogóle się wydostało. Koniec historii, kłaniam się nisko, dziękuję, wychodzę.